23 grudnia. jakze wesolo i radosnie w tej warszawskiej dzungi. moj cudowny chujowy szef wypuscil dzis wczesniej “mlodsza” czesc zalogi swojego jedzeniowego Auschwitz. Wspaniale. tak wiec po milionie godzin ktore przeproacowalam przez ostatnie 3 dni pomyslalam. a.. wstapie na dobre ciasteczko na nowym swiecie. tak tez zrobilam. pulchna kelnereczka oczywiscie namowila mnie na trylion wiecej rzeczy niz chcialam ale wybaczam jej. dobra jest w tym namawianiu. na bilet wciaz pieniazki mam. no i siedze wlasnie w cudownej kawarence i patrze na ten nowy swiat i co. obok mnie gra mark antoni i pit bul i spiewaja o tym zeby deszcz sie na nich spuscil. za oknem stoi sobie dresik i milo gawedzi z taxi krolem. jakas parka sie tam przytula w oddali a ja co? do cholery jutro wigilia a ja co? nic. kazdy w domu wszyscy szczesliwi a ja siedze i zastanawiam sie co zrobic zeby dzis nie wracac do tego mieszkania, pustego jak szlanka po mojej Coli. pranie zmywanie odkurzanie i jeszcze kilka rzeczy skutecznie odciagnal moja uwage od tych pustych scian na troche. tak na prawde te swieta sa okropnie nie fajne. ta cholerna pustka. brak wszystkiego. na czele z atmosfera swiat. gdzie do cholerny snieg. niech ges kopnie te swieta ktore mi tyle smutku podarowaly pod choinke.
ach ta cholerna parka caly czas sie tu przytula. a Ty tam.
jedyna wizja ktora jakos moja twarz wykrzywia w grymas dziwnego usmiechu to ze juz zaraz to cale zamieszanie sie skonczy. kazdy rozejdzie sie do domu i po zabawie. aby do jutrza. zjesc tysiac pierogow 5 milionow krokietow pojsc na “pasterke” i znow wracam do obozu pracy Pana Engina.